Jesteśmy i będziemy do końca | Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek

Jesteśmy i będziemy do końca | Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek

12 maja obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek. Z tej okazji zapraszamy do zapoznania się z wywiadem z Agnieszką Majk, pielęgniarką w Klinice Pediatrii, Hematologii i Onkologii Dziecięcej w Szpitalu Uniwersyteckim w Bydgoszczy, przewodniczącą Sekcji Pielęgniarskiej Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej, asystentką w Katedrze Pediatrii, Hematologii i Onkologii w Collegium Medicum w Bydgoszczy, UMK w Toruniu, z którą rozmawiała Kinga Gałuszka.

Ciężki dyżur?

Dziś akurat inaczej: miałam zajęcia ze studentami w Centrum Symulacji Medycznych…

Czy dobrze rozumiem, że pielęgniarka uczy przyszłych lekarzy?

Tak, to mój pierwszy rok w roli nauczyciela akademickiego. Dzięki tej pracy sama mogę jeszcze bardziej poszerzać własne kompetencje, a studenci ćwiczyć pod moim okiem różne możliwe sytuacje, które przewidują nasze scenariusze. Studenci w CSM uczą się działań z pacjentem w kontrolowanych warunkach, np. muszą określić diagnozę, leczenie, wykonać wszystkie zlecenia i obserwować chorego pod kątem uzyskanych rezultatów. Mamy wiele możliwości treningów i symulacji, studenci mogą się oswajać z różnymi jednostkami chorobowymi i stanami nagłymi.

Zapytałam o to z żartobliwym niedowierzaniem, bo przecież w polskich szpitalach nadal postrzega się często rolę pielęgniarek jako podrzędną w stosunku do lekarzy.

Mam to szczęście, że w zespołach, w których pracowałam do tej pory i którego częścią jestem teraz, współpraca to podstawa tego, co robimy dla pacjenta. Na studiach uczymy się, że zespół terapeutyczny to lekarz, pielęgniarka, dietetyk, fizjoterapeuta, psycholog, rodzice i pacjenci, a także inni, którzy pracują na dobro chorego – tworzymy go wszyscy razem. Niestety w wielu miejscach w Polsce tak to jeszcze nie działa. Wiem, że na licznych oddziałach bywa ciężko: lekarze nie poważają pielęgniarek, a co za tym idzie, pacjenci nas nie doceniają.

Mnie się udało: zdanie moje i moich koleżanek zawsze było brane pod uwagę i realnie miałyśmy, i mamy faktyczny wkład w proces leczenia. Może też dlatego, że pediatria to jest trochę inna medycyna – tu wszystko działa nieco inaczej.

Co Pani ma myśli?

Rodzice naszych pacjentów to zazwyczaj młodzi ludzie, do 40. roku życia. Te osoby już inaczej postrzegają nasz zawód niż poprzednie pokolenia. Wiedzą, że musimy mieć wyższe wykształcenie, że mamy specjalizację, że możemy być doktorami nauk, że możemy mieć profesurę i jesteśmy specjalistkami, i specjalistami w swojej dziedzinie.

Na oddziałach dla dorosłych, gdzie jest sporo starszych ludzi albo są to osoby z mniejszych miejscowości, to postrzeganie pielęgniarek jako „gorszych” może być uwarunkowane przyczynami socjodemograficznymi. Te osoby nie mają świadomości, kim jest dzisiaj pielęgniarka.

Zapytam więc, kim dziś jest pielęgniarka lub pielęgniarz?

Mamy inne możliwości i wiedzę niż trzydzieści lat temu. Kiedyś pielęgniarki kończyły licea medyczne, gdzie zdobywały maksymalne kompetencje i wiedzę możliwą do zdobycia w tamtym czasie i systemie edukacyjnym. W dzisiejszych czasach mamy o wiele więcej perspektyw. Nasz zawód się rozwinął, jest samodzielną profesją w ramach współpracy w zespole terapeutycznym. Oczywiście obowiązują nas nadal zalecenia, które wykonujemy na prośbę lekarza – ten podział obowiązków jest zachowywany i mam nadzieję, że tak będzie zawsze, ponieważ przechodzimy zupełnie inne ścieżki edukacji i specjalizujemy się w odmiennych aspektach opieki nad pacjentem. Natomiast z pewnością odbieramy dziś szersze wykształcenie, mamy większą decyzyjność. I korzystamy z nabytej wiedzy, pielęgniarka może dziś na równi dyskutować z lekarzem i nikt nie ma z tym problemu, bo wiadomo, że nie robimy tego dla zasady, tylko dlatego, że mamy dużą, czasem nieco inną wiedzę i inne spostrzeżenia… Ludzie to szanują. Dzisiejsze pielęgniarstwo daje nam większe szanse na rozwój i wkład w opiekę nad chorym. Pielęgniarki dziś mogą między innymi pracować w badaniach klinicznych, uczyć na uczelniach i rozwijać się naukowo, prowadzić samodzielne badania, mogą tworzyć prywatne praktyki, pracować w szpitalach i przychodniach, i w końcu mogą badać pacjentów, ordynować leki i zlecać badania czy prowadzić specjalistyczne leczenie ran oraz edukację.

Niestety w wielu mniejszych miejscowościach pielęgniarki nadal obawiają się dyskusji z lekarzem oraz samodzielności. Część osób w naszym zawodzie nadal mówi, że jeśli chcesz robić więcej, to bądź lekarzem. No nie! Zostałam pielęgniarką i korzystam ze swoich uprawnień najlepiej, jak mogę.

Na przykład?

Wykonujemy skomplikowane, specjalistyczne zabiegi, jak np. fotofereza, wystawiamy skierowanie na badania, włączamy konieczne leczenie, odpowiadamy na pytania dotyczące wyników badań. Przez to wszystko m.in. odciążamy system. Lekarzy jest mało, są przeładowani, więc jeżeli mogę zrobić coś, co sprawi, że będą mieli o jedną wizytę mniej, to cudownie, prawda? Skoro przyznano nam szeroki zakres obowiązków i dano możliwości, to z tego korzystajmy. Mamy dziś kompetencje, żeby robić rzeczy, które trzydzieści lat temu były nie do pomyślenia.

W Collegium Medicum przygotowuje Pani doktorat: badania na temat oceny i doświadczenia pacjentów hematoonkologicznych i pediatrycznych. Temat fascynujący, ale przede wszystkim bardzo ważny społecznie…

Dzięki ogromnemu wsparciu pana prof. Jana Styczyńskiego i pana prof. Krzysztofa Czyżewskiego mam możliwości starania się o uzyskanie tego tytułu naukowego. Badanie nosi tytuł: „Ocena doświadczeń i satysfakcji z opieki pielęgniarskiej, wśród opiekunów oraz dzieci leczonych w ośrodkach onkologii i hematologii dziecięcej w Polsce” i skupia się na postrzeganiu opieki pielęgniarskiej. Zależy nam, żeby we wszystkich ośrodkach w Polsce ocenić opiekę pielęgniarską, ale nie przez pryzmat tego, czy posiłki były smaczne bardziej lub mniej albo czy lekarz badał pacjenta regularnie. Interesuje nas spojrzenie przez pryzmat tego, jakie my – pielęgniarki i pielęgniarze – jesteśmy w stosunku do pacjenta i powierzonych nam obowiązków. Jeżeli uda nam się określić deficyty w jakimś obszarze, to będziemy mogli wprowadzić procedury naprawcze w opiece pielęgniarskiej. Albo na odwrót – zobaczyć, w czym naprawdę jesteśmy świetni i kontynuować tę drogę. Dzięki takiej świadomości uda się podnieść jakość świadczonych przez nas usług.

Poprzedni kierownik Kliniki, pan prof. Mariusz Wysocki, zawsze powtarzał, że duszą oddziału są pielęgniarki. Więc jeżeli się postaramy, to pacjent – w najgorszym momencie swojego życia – będzie się tu czuł dobrze.

To ma szczególne znaczenie na tych oddziałach, gdzie pacjenci przebywają bardzo długo…

Na hematoonkologii dziecięcej pobyty trwają wiele tygodni, często wiele miesięcy. Pacjenci są pod naszą opieką nawet wiele lat po leczeniu, więc zależy nam na tym, żeby zapewnić im jak najlepszą atmosferę i opiekę na najwyższym poziomie. A to zależy właśnie od nas – pielęgniarek na oddziale. Leży to także w naszym interesie, bo jeżeli pacjent współpracuje, to i nam lżej się pracuje, wszystko idzie do przodu szybciej.

Komunikacja z pacjentem to kompetencja, trzeba się tego uczyć, jak każdego innego przedmiotu, przecież nie każdy ma naturalny dar…

My to robimy od pierwszego roku studiów pielęgniarskich. Od razu jesteśmy kierowane na praktyki do szpitala. Czy nam się to podoba, czy nie, musimy rozmawiać z ludźmi. Musimy dotknąć człowieka – trzeba tu przełamać także i własne bariery. Dzięki temu mamy później łatwość w kontaktach. Natomiast w ramach np. kierunku lekarskiego studenci mają bezpośredni i intensywny kontakt z pacjentem dopiero na dalszym etapie edukacji. Na moich zajęciach proszę, żeby podeszli do trenażera-dziecka i powiedzieli mu, co będą robić. Bywa, że są zmieszani i zszokowani. Kiedy o to samo proszę pielęgniarki, to podchodzą i po prostu „szaleją”.

Pomijając kompetencje medyczne lekarzy czy pielęgniarek, wiemy że – większość z nas, pacjentów polskich szpitali i przychodni, m takie doświadczenie – poprzez sposób komunikacji wiele można pacjentowi zrobić dobrego, ale i sprawić, że wyjdzie z gabinetu z fatalnym samopoczuciem…

Dziecko i rodzic to dla nas jeden pacjent. Mówimy na głos i mam nadzieję, że będzie o tym coraz głośniej, że trzeba wspierać całe rodziny. Kiedy choruje dziecko, choruje cała rodzina – czy jest to osoba, która przebywa z dzieckiem w szpitalu, czy ci wszyscy, którzy zostali w domu. Rodziny przychodzą do nas w najgorszym momencie swojego życia i bez względu na to, czy ja też mam teraz słabszy czas, to jestem po to, żeby przeszli przez to najlżej, jak się da. Czasami jest tak, że się nie zgrywamy, mamy różne charaktery; rodzice złoszczą się na cały świat – ale to ja jestem w pracy. To ja jestem medykiem i powinnam być opanowana. Jestem dla nich i muszę się nauczyć wyciszać trudne sytuacje, opanowywać emocje i dawać wsparcie. Czasami w zespołach terapeutycznych są też psychologowie, ale nie zawsze i nie ciągle, a kiedy dziecko jest ciężko chore, sytuacje nerwowe zdarzają się regularnie. Są wynikiem zmęczenia, niewyspania, stresu, kolejnych nieprzyjemnych zabiegów. Jesteśmy między innymi od tego, żeby ci ludzie czuli bezpieczeństwo i oparcie.

To wszystko brzmi krzepiąco i wspaniałe, tylko że jest bardzo trudne, wymaga sporych zasobów, świadomości i przede wszystkim wsparcia ze strony systemu…

W naszej Klinice wspieramy pacjentów tak, jak czujemy i jak potrafimy najlepiej. Może ktoś kiedyś wskaże nam kierunek, który będzie przynosił lepsze efekty zarówno dla nas, jak i dla rodzin. Póki co jest ich bardzo mało. Dwa lata temu brałam udział w trzymiesięcznym kursie z komunikowania w zespole pielęgniarskim, organizowała go Naczelna Izba Pielęgniarek, a prowadzili psychologowie. My same nie mamy takich kompetencji, a często niestety mierzymy się z zadaniami natury psychologicznej. Nie każda z nas potrafi się z nimi zmierzyć, nie każda ma tyle empatii albo możliwości. Rozumiem to. Niestety system tu nie pomaga. W innych krajach europejskich działają procedury, które wspierają personel, np. po śmierci pacjenta wykorzystuje się technikę „zamykania”. Polega to na tym, że zbiera się cały zespół, analizuje przypadek, utwierdza się w tym, że zrobiono wszystko – najwięcej i najlepiej – co się dało, i idzie się dalej w większym spokoju. W Polsce wszyscy płaczemy po kątach w dyżurkach. Albo wytrzymujemy i płaczemy potem w samochodach, jadąc do domu.

Czy po dziewięciu latach w zawodzie, a po czterech na hematoonkologii dziecięcej można jeszcze pozwalać sobie na tak trudne emocje? Pani mali albo bardzo młodzi pacjenci umierają, nie wszystkim się udaje…

Miałam kiedyś pacjentkę, z którą bardzo się zżyłam i bardzo się zaangażowałam… Zbyt mało profesjonalnie to chyba wyszło… Kiedy odeszła, musiałam porozmawiać sama ze sobą i zdecydować, co dalej. Bo jeżeli miałabym wracać do domu i nie dawać sobie rady ze śmiercią, to znaczyłoby tyle, że to nie jest miejsce dla mnie. Udało mi się to przewartościować.

Ale śmierć pacjenta boli zawsze. Mamy prawo do takich emocji. Dziwne byłoby raczej to, gdybyśmy były obojętne. Nie wolno niczego tłumić, bo prędzej czy później to wróci i będzie gnębić. Daję więc sobie tę przestrzeń, zamykam i idę dalej.

Najważniejsze jest jednak to, żebyśmy zaczęli mówić głośno, że my medycy mamy problemy psychiczne, które wynikają z obciążenia, przepracowania, z trudności z radzeniem sobie z bardzo silnymi emocjami. To, co przeżywamy w pracy, to nie są przecież sytuacje, które towarzyszą ludziom na co dzień w standardowej populacji. Ile razy zaangażujesz się tak, że aż piecze? Pewnego dnia po prostu stwierdza się, że to może nie ma sensu i że to jest za trudne. Do wypalenia bardzo blisko. Coraz częściej pomagają nam fundacje zatrudniające psychologów, którzy wprawdzie pracują z pacjentami i ich rodzinami, ale często na bieżąco wspierają i nas.

Jak mówi pan Krzysztof Wernicki, anestezjolog, który publikuje na swoim blogu: „nagrodą za kopanie jest większa łopatka”. To bardzo celne i ważne określenie naszego zawodu, bo z jednej strony kopie się może łatwiej, ale obowiązków i trudności jest więcej. Radzimy sobie małymi krokami.

Jak to wygląda u Pani?

Robię sobie własną wewnętrzną terapią, która polega na sprawianiu przyjemności moim pacjentom. Regularnie robię u mnie na oddziale gofry dla dzieci. To ratuje mi głowę.

Wspaniały pomysł, a w dodatku wszyscy kochają gofry!

Jeszcze nie spotkałam dziecka, które by powiedziało, że nie chce. Pracuję bezpośrednio z pacjentami po przeszczepach szpiku kostnego. W ramach tego leczenia dzieci są na bardzo surowej diecie, nie mają zbyt szerokiego menu do wyboru. Właściwie nie nie mogą jeść prawie niczego, a bardzo chcą, więc robię te gofry z jakichś magicznych mikstur, żeby spełniały wszystkie nasze standardy. To taka namiastka normalności. Zdarza się, że dzieci przyjeżdżają z innych ośrodków na przeszczepy i pytają, czy jest ta ciocia, która robi gofry.

Te gofry wystarczają, żeby nie wyczerpał się Pani napęd do pracy?

Biorę go przede wszystkim z tych wszystkich sytuacji, kiedy się udaje. Niestety część naszych pacjentów nie przetrwa przeszczepu i powikłań, umacniają mnie więc sytuacje, gdy jest dobrze, i kiedy później widzę, że urośli, że mają długie włosy i gdy już z korytarza krzyczą: „cześć ciocia!” – to jest radość.

Jak się mają w tym wszystkim rodzice?

To są osoby, które wiedzą, po co tu są. Wiedzą, kim my jesteśmy i co możemy zaoferować. Inaczej niż na oddziałach zabiegowych czy interwencyjnych, gdzie pacjent zjawia się nagle, a personel to obce dla niego osoby.

Współpraca z rodzicami bywa oczywiście różna. Zdarza się, że na początku niektórzy są wobec nas sceptyczni czy niechętni, ale nie dlatego, że konkretnie z nami mają problem, tylko z przemęczenia i tego, że mają dosyć tej ciężkiej sytuacji. Zazwyczaj jednak, na pewnym etapie zaczynają rozumieć, że jesteśmy tu dla nich. I że mąż, żona, babcia czy przyjaciółka są OK, ale nie rozumieją, przez co oni przechodzą. My wiemy, jesteśmy w tym z nimi. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że odpuszczamy. Będziemy podchodzić, będziemy pytać, czy rodzic chce porozmawiać albo wyjść na powietrze i pooddychać. W końcu z tej propozycji skorzysta, oswoi się. Jestem dumna z tego, że w naszej Klinice zawsze zapewniamy, że tu jesteśmy i będziemy do końca. I że tę obietnicę spełniamy.

Zawsze chciała Pani zostać pielęgniarką?

Zaraz po tym, jak przestałam marzyć o byciu archeologiem. Złożyłam podania na trzy kierunki, wybrałam pielęgniarstwo i trafiłam idealnie, choć tak naprawdę nie wiedziałam do końca, czym się pielęgniarka zajmuje.

W polskich szpitalach ciągle jest was za mało…

Średnia wieku pielęgniarek w Polsce jest zatrważająco wysoka. Braki kadrowe doskwierają nam szczególnie w pediatrii. Wiele przyszłych pielęgniarek i pielęgniarzy boi się jej.

Skąd ten strach?

Czasem mówi się, że to z powodu obecności tego drugiego pacjenta, jakim jest rodzic, który patrzy na ręce. Ale jeżeli robisz dobrze, to niech patrzy. Więc myślę, że to nie o to chodzi.

Problem tkwi w edukacji, która tę specjalizację nieco demonizuje, przedstawia jako trudną i niedostępną. A ona wcale taka nie jest. Pacjenci pediatryczni są, moim zdaniem, jednymi z najbardziej wdzięcznych. Można z nimi bezkarnie śpiewać, szaleć i wygłupiać się.

Przez lata zawód pielęgniarki kojarzył się brudną i niedocenianą robotą…

… niechcianą, odpychaną, nie lubianą: tu krzywo spojrzała, tam piła kawkę… Tymczasem dziś pielęgniarka może mieć realny wpływ na zmiany społeczne i na kształtowanie przyszłości. Nawet jeśli tylko w małym wymiarze – poprzez prowadzenie badań, zakładanie towarzystw, formułowanie standardów jakości. Zaczynamy od małych rzeczy, ale mamy szansę sprawić, że będzie lepiej. Uważam też, że nasza profesja, jako jeden z zawodów zaufania publicznego, jest już na dosyć wysokim miejscu w rankingu. Z roku na rok coraz wyższym. I jest też bardzo dobrze opłacana, z pensjami gwarantowanymi ustawowo. Wreszcie – nigdy nie zabraknie nam pracy. Można robić specjalizację, można mieć własną praktykę.

Wszystko to wymaga od pielęgniarki wiele wysiłku, ciągłego rozwoju…

Jednym z poważniejszych zagrożeń dla naszego zawodu jest rutyna i zasiedzenie – przez brak egzekwowania wymogu podnoszenia kwalifikacji i nieaktualizowania wiedzy medycznej. A ta zmienia się bardzo szybko, tak samo, jak warunki i technologie, składy produktów leczniczych, zmieniają się substancje, itd. Powtarzam moim koleżankom – często narażając się na ich niezadowolenie – że jeżeli robiłaś coś dwadzieścia lat, to nie znaczy, że robiłaś to dobrze. Nie można „jechać” na pamięć. Czasem przynoszę na oddział jakieś artykuły i mówię: „chcecie, zapoznajcie się, odpowiem na pytania, jeżeli będę umiała”. Jeżeli ktoś z tego skorzysta, cudownie. Jeżeli nie, to jest jego wola. Ja zrobiłam, co mogłam i mogę wrócić do domu ze spokojem.

Poza tym Sekcja Pielęgniarska Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej, której jestem przewodniczącą, pracuje właśnie nad wprowadzeniem w Polsce podstawowych standardów opieki pielęgniarskiej w onkologii dziecięcej na podstawie Stanowiska Pielęgniarskiej Grupy Roboczej SIOP. Podstawy te zawierają sześć zasad postępowania dla personelu i organizacji oddziałów onkologii dziecięcej. Jednym z opisanych standardów jest wymóg mówiący o tym, że każda pielęgniarka raz w roku powinna poświęcić minimum dziesięć godzin na doszkalanie się i modyfikowanie własnej wiedzy.

Muszę jednak wspomnieć, że system opieki powinien odrobić jeszcze kilka innych lekcji, ale i polscy pacjenci też mają coś do zrobienia…

Zacznijmy od pacjentów, przypuszczam, że to łatwiejsze zadanie…

Oczywiście, wad systemowych jest niestety o wiele więcej. Jeśli chodzi o pacjentów, to zawodzi tu ich ogólna wiedza – bardzo często nie wiedzą, gdzie szukać pomocy, np. na SOR przychodzą z kleszczem, a ostatnio do POZ-u przyszedł do mnie mężczyzna z oskalpowaną dłonią.

Natomiast co do systemu – nie do przyjęcia jest zgoda na tworzenie kierunków medycznych na niemal każdej uczelni. Sposób, w jaki studenci otrzymują dyplomy, jest daleki od standardów. Absolwenci są zadowoleni, niestety często jakości ich świadczeń wiele brakuje. Nie wynika to oczywiście z niechęci studentów, tylko z możliwości, które takie uczelnie oferują. Kolejną sprawą jest finansowanie, czyli coś, o czym wszyscy w kółko mówimy. Nasze społeczeństwo się starzeje, więc potrzeby są i będą coraz większe. Wykonujemy też coraz trudniejsze i coraz droższe procedury. Pocieszające jest to, że nie wymyślono jeszcze systemu ani w Europie, ani na świecie, który wskazywałby na to, że da się wysycić potrzeby. To jest temat rzeka.

W jakim miejscu zawodowym widzi się Pani za kilka lat?

Na pewno nadal na hematoonkologii, która jest wybijającą się dziedziną. Pracując w tym obszarze, nie będę mogła się nudzić ani przez chwilę. Ciągle pojawiają się nowe rzeczy, których trzeba się uczyć. W tej chwili realizujemy bardzo wiele procedur, bo poza przeszczepianiem szpiku, wykonujemy również zabiegi fotoferezy oraz procedury CAR-T. Realizujemy rozwiązania, o których jako pielęgniarki jeszcze kilka lat temu nie myślałyśmy, a już je umiemy i wdrażamy. Rozwój to jest coś, do czego dążymy i co oferuje nam obecnie nasza klinika i zawód.

Rozmawiała Kinga Gałuszka